To zdanie powtarzamy często, niemal automatycznie. Stało się wygodnym skrótem myślowym - próbą pokazania, że prawdziwe bohaterstwo nie zawsze jest spektakularne. My jednak patrzymy na to inaczej. Dla nas każdy bohater nosi pelerynę. Tyle że nie zawsze ją widać. Nie zawsze jest uszyta z materiału. Często nie powiewa na wietrze i nie przyciąga spojrzeń. Ale jest. Czasem ma kształt odwagi, która pozwala wejść na salę operacyjną mimo lęku. Czasem jest miłością, która nie pozwala odejść od szpitalnego łóżka. Czasem przybiera postać empatii, która każe się zatrzymać, gdy inni biegną dalej. Bywa siłą, odpowiedzialnością, wytrwałością. Bywa po prostu decyzją, że nie przejdziemy obok czyjegoś bólu obojętnie.
Janek jest pacjentem oddziału onkologii dziecięcej. Widzimy konkretnego chłopca, ale za nim stoją setki dzieci, które każdego roku słyszą diagnozę zmieniającą ich życie. To moment, w którym świat się zatrzymuje. Z dnia na dzień zwykła codzienność - szkoła, trening, zabawy z rodzeństwem - zostaje zastąpiona planem leczenia, wynikami badań i harmonogramem kolejnych hospitalizacji. Bohaterstwo dziecka chorego onkologicznie nie jest widowiskowe. To nie jest jeden spektakularny gest. To codzienność, która wymaga ogromnej siły. Kolejne wkłucia igły. Badania, które budzą strach. Operacje. Rehabilitacja. W przypadku niektórych dzieci - nauka chodzenia od nowa, kiedy w miejsce chorej kości pojawia się endoproteza. Miesiące poza domem, poza swoim pokojem, poza rówieśnikami.
Dzieci nie wybierają tej walki. A jednak każdego dnia w niej uczestniczą. Uczą się oswajać ból, czekać, cierpliwie znosić to, co trudne. Potrafią się uśmiechać między kolejnymi etapami leczenia. Potrafią marzyć o przyszłości, nawet gdy teraźniejszość jest wymagająca.
To właśnie ta wytrwałość jest ich peleryną. Cicha, ale niezwykle mocna.
Obok Janka jest jego mama. Kobieta, która reprezentuje wszystkich rodziców dzieci onkologicznych.
Rodzice bardzo często stają się niewidzialnymi bohaterami tej historii. To oni słyszą diagnozę i w jednej chwili muszą stać się ekspertami od wyników badań, procedur medycznych, terminów operacji. To oni uczą się nowego języka - języka medycyny, rokowań i terapii. Są na pierwszej linii frontu. Przyjmują na siebie dziecięcy strach, złość, bezsilność. To do nich trafiają pytania: „Dlaczego ja?”, „Czy to będzie bolało?”, „Kiedy wrócimy do domu?”. To oni trzymają za rękę podczas badań i czuwają nocą przy szpitalnym łóżku.
Rodzic nie zawsze ma przestrzeń na własne emocje. Często musi być silny wtedy, gdy sam czuje się bezradny. Musi dawać nadzieję, nawet jeśli w środku toczy walkę z lękiem. Ich peleryną jest miłość. Miłość, która nie zna godzin odwiedzin i nie kończy się wraz z kolejnym etapem leczenia. Miłość, która trwa.
Świat biegnie. Ludzie się spieszą, mijają, skupieni na swoich sprawach. To obraz codzienności, którą znamy wszyscy.
I nagle ktoś się zatrzymuje.
Aga, wolontariuszka, znajduje czas tam, gdzie wielu go nie ma. To nie jest spektakularny gest. To decyzja: „Zostaję. Jestem”. Siada przy łóżku. Rozmawia. Czasem milczy. Organizuje zbiórki, angażuje innych, szuka wsparcia dla oddziału i dla konkretnych dzieci. Wolontariusze są łącznikiem między światem szpitala a światem zewnętrznym. Przynoszą normalność w miejsce, gdzie codzienność bywa trudna. Przynoszą uśmiech, rozmowę, obecność.
Ich peleryną jest uważność. I gotowość, by wyjść poza własny plan dnia.
Jest również Andrzej Wrona. Sportowiec, osoba rozpoznawalna, ale przede wszystkim ktoś, kto konsekwentnie od lat wspiera nasze działania.
Jego obecność to coś więcej niż symboliczny gest. To realne wsparcie. Coroczne zbiórki urodzinowe, wizyty na oddziale, mówienie o dzieciach i o fundacji w przestrzeni publicznej. To wykorzystywanie swojej rozpoznawalności w służbie konkretnej sprawy. Mógłby pozostać obserwatorem. Mógłby ograniczyć się do jednorazowego wsparcia. A jednak wybiera bycie częścią drużyny. Regularnie. Odpowiedzialnie.
Jego peleryną jest zaangażowanie, które przekłada się na konkretne działania i środki potrzebne do leczenia.
Pani Profesor Anna Raciborska - przedstawicielka zespołu medycznego. Za nią stoi cały personel oddziału onkologii dziecięcej: lekarze, pielęgniarki, rehabilitanci, specjaliści. To oni podejmują najtrudniejsze decyzje. Analizują wyniki, planują leczenie, operacje, terapie. Szukają najlepszych możliwych rozwiązań, by zwiększyć szanse dziecka na zdrowie i powrót do domu. Ich bohaterstwo nie polega na jednorazowym czynie. To codzienna odpowiedzialność za życie i komfort małych pacjentów. To wiedza, doświadczenie i ogromne zaangażowanie.
Ich peleryną jest profesjonalizm i determinacja, by wykorzystać każdą dostępną możliwość leczenia.
Jesteśmy też my - Fundacja Herosi.
Nasza nazwa nie jest przypadkowa. Nie wzięła się z potrzeby patosu. Wzięła się z obserwacji. Z patrzenia na dzieci, rodziców, lekarzy, wolontariuszy i wszystkich, którzy tworzą tę wspólnotę. Herosi to nie jedna osoba. To drużyna. Każdy ma w niej swoją rolę. Każdy wnosi coś innego. Razem jesteśmy w stanie zrobić więcej niż osobno. Jako fundacja walczymy o najlepsze możliwe warunki leczenia. O nowoczesny sprzęt. O wsparcie Kliniki Onkologii i Chirurgii Onkologicznej Dzieci i Młodzieży. O to, by dzieci miały realną szansę wrócić do domu, do swojego życia, do swoich planów.
I dlatego mówimy: mówią na nas Herosi.
Bo Heros to ktoś, kto nie przechodzi obojętnie.
1,5% podatku może wydawać się drobnym gestem. Jednym kliknięciem w zeznaniu rocznym. Jedną decyzją spośród wielu. Ale w rzeczywistości to konkretne wsparcie leczenia. To środki na sprzęt, na poprawę warunków na oddziale, na działania, które realnie przekładają się na jakość i skuteczność terapii.
Twoja peleryna może być niewidoczna. Nie musi być spektakularna. Wystarczy, że będzie decyzją. Decyzją, by dołączyć do drużyny.
Bo każdy Heros ją nosi. Czasem po prostu trzeba ją w sobie odnaleźć. 💛